Wydarzenia

Między Wisłą a Hudsonem. Gilad Atzmon Trio w gdyńskim Blues Clubie

W listopadzie ubiegłego roku po koncercie Gilada Atzmona, Piotra Lemańczyka i Adama Golickiego w sopockim Teatrze BOTO pisaliśmy na TopBass o spotkaniu trzech muzycznych światów. Dziesięć miesięcy później, 9 września w gdyńskim Blues Clubie, spotkał się ten sam skład, a w programie powróciła część znanych już utworów. Tyle że tym razem muzyka miała trochę inną temperaturę.

Było więcej energii, jeszcze więcej swobody i wyraźne poczucie, że przez te miesiące trio zdążyło znakomicie się ze sobą zgrać. Muzycy reagowali na siebie błyskawicznie, czasem wystarczało spojrzenie, drobny gest albo kilka dźwięków, żeby muzyczna narracja zmieniła kierunek. Bywało lirycznie, bywało bardzo intensywnie, a przede wszystkim cały koncert miał w sobie świetny przepływ i zwyczajną radość wspólnego grania.

Bardzo się cieszę, że mogłam usłyszeć ich ponownie na żywo. Zwłaszcza właśnie teraz, tuż przed premierą albumu „Between The Vistula And The Hudson”, który ukaże się 11 września.
Płyta została nagrana ponad rok temu, a od tego czasu trio regularnie koncertuje. W Gdyni wyraźnie było słychać, jak wiele przez ten czas wydarzyło się w muzyce granej wspólnie na kolejnych scenach.

Fot. Marta Górska
Fot. Marta Górska

Trio, które zdążyło się poznać

Trasa towarzysząca premierze prowadzi muzyków przez Polskę, Słowację i Czechy. Przed gdyńskim koncertem trio występowało m.in. w słowackim Trenčínie, później w Strzyżowie i Warszawie, a już dzień po Gdyni zagrało w Elblągu. Kilka miast, kolejne sceny i kolejne wieczory wspólnego grania – trudno o lepsze warunki, żeby muzyczne porozumienie nabrało jeszcze większej swobody.

W BOTO najbardziej interesujące było samo spotkanie trzech wyrazistych osobowości. W Blues Clubie jeszcze mocniej słychać było już zespół.

Fot. Marta Górska
Fot. Marta Górska

Atzmon rzucał frazę, Lemańczyk podejmował ją albo zmieniał jej kierunek, Golicki natychmiast odpowiadał rytmem. Innym razem inicjatywa wychodziła od kontrabasu albo perkusji i wtedy saksofon wchodził w przestrzeń stworzoną przez sekcję. Ta wymiana działała przez cały wieczór, bez poczucia schematu i bez dzielenia koncertu na osobne „momenty” kolejnych muzyków.

Szczególnie dobrze wyglądało i brzmiało porozumienie Atzmona z Lemańczykiem. W kilku momentach obaj dosłownie zbliżali się do siebie z instrumentami, jakby cała sala na chwilę schodziła na dalszy plan, a między nimi trwała intensywna muzyczna rozmowa. I właśnie w takich chwilach najlepiej było widać, jak zgrany jest dziś ten skład.

Piotr Lemańczyk – kontrabas z własnym głosem

Piotra Lemańczyka warto w tym trio słuchać również wtedy, kiedy formalnie wcale nie jest na pierwszym planie.

Układ saksofon – kontrabas – perkusja pozostawia ogromną przestrzeń. Funkcje, które w innych zestawieniach przejmują fortepian czy gitara, tutaj rozkładają się między trzech muzyków. Sami artyści, opisując nowy album, zwracają uwagę, że trio bez instrumentu akordowego należy do najbardziej wymagających jazzowych konfiguracji: każdy pozostaje odsłonięty, a harmoniczną przestrzeń trzeba stworzyć wspólnie.

Fot. Marta Górska
Fot. Marta Górska

I właśnie tutaj Lemańczyk ma wyjątkowo dużo do powiedzenia.

Jego kontrabas przez cały wieczór organizował muzykę na kilku poziomach jednocześnie. Dawał jej puls i oparcie, prowadził harmonię, komentował saksofon Atzmona, a po chwili sam przejmował kierunek. Wszystko z charakterystyczną dla Piotra kulturą dźwięku, fantastycznym wyczuciem rytmu i ogromną swobodą.

Jest w jego grze coś, co szczególnie lubię: techniczna maestria pozostaje całkowicie podporządkowana muzyce. Można zachwycać się precyzją, artykulacją czy szybkością reakcji, ale ostatecznie pamięta się przede wszystkim frazę. Lemańczyk ma również ten rodzaj scenicznej obecności, który skupia uwagę bez potrzeby efektownych gestów. Wystarczy sposób, w jaki słucha partnerów, wchodzi pomiędzy ich frazy i jednym dźwiękiem potrafi zmienić ciężar całego fragmentu.

Fot. Marta Górska
Fot. Marta Górska

A kiedy dostaje więcej miejsca, kontrabas zaczyna mówić własnym, pełnym głosem.

W Gdyni słuchało się tego znakomicie. Lemańczyk był jednocześnie fundamentem, partnerem i solistą – dokładnie w takich proporcjach, jakich w danej chwili potrzebowała muzyka.

Gilad Atzmon – liryzm i ogień

Gilad Atzmon jest scenicznym żywiołem i tym razem pokazał chyba jeszcze więcej energii niż podczas listopadowego koncertu w Sopocie.

Potrafił rozpoczynać frazę miękko i śpiewnie, prowadzić ją niemal kameralnie, a potem stopniowo zagęszczać dźwięk aż do mocnej, fizycznej kulminacji. W najbardziej intensywnych fragmentach grał całym ciałem, odchylał się z saksofonem, podnosił temperaturę, a sekcja szła razem z nim.

Jednocześnie Atzmon świetnie czuje melodię. Dlatego nawet w najbardziej ekspresyjnych momentach muzyka zachowywała czytelność, a po gwałtownym spiętrzeniu potrafiła za chwilę wrócić do subtelności.

Fot. Marta Górska
Fot. Marta Górska

Program dobrze pokazywał obie strony tego grania. Usłyszeliśmy między innymi standardy jak „You Don’t Know What Love Is” Gene de Paula czy „In a Sentimental Mood” Duke’a Ellingtona, ale również „The Burning Bush” i „Gaza Mon Amour” skomponowane przez Gilada Atzmona. Pojawił się także utwór z repertuaru Simon & Garfunkel, który pamiętaliśmy już z listopadowego koncertu w BOTO.

Takie zestawienie standardów, autorskich kompozycji i melodii pochodzących spoza jazzowego kanonu bardzo dobrze pasuje do Atzmona. Muzyka pozostaje dla niego materiałem, który można za każdym razem opowiedzieć trochę inaczej – zmieniając proporcje, temperaturę i sposób prowadzenia narracji.

Adam Golicki – czujność i energia

Adam Golicki znakomicie domyka ten skład.

Jego gra przez cały koncert była niezwykle uważna. Potrafił przez dłuższą chwilę prowadzić muzykę drobnymi zmianami dynamiki i akcentów, a potem jednym mocniejszym wejściem otworzyć ją na zupełnie inną energię. W takim trio właśnie ta umiejętność słuchania jest bezcenna.

Golicki doskonale wyczuwał zarówno Atzmona, jak i Lemańczyka. Dawał im przestrzeń, gdy muzyka jej potrzebowała, i uruchamiał potężny napęd w momentach kulminacyjnych. Dzięki niemu nawet najbardziej swobodne fragmenty miały wyraźny kierunek.

Cała trójka sprawiała zresztą wrażenie muzyków, którzy znakomicie czują się ze sobą na scenie. I tę przyjemność ze wspólnego grania bardzo łatwo było odebrać po drugiej stronie.

Blues Club – dobre miejsce dla tej muzyki

Gdyński Blues Club wyjątkowo dobrze przysłużył się temu koncertowi.

Bliskość sceny i publiczności pozwalała obserwować najdrobniejsze reakcje między muzykami, a ceglana ściana i intensywne klubowe światło dawały całości świetną oprawę. Błękity, fiolety i czerwienie wyglądały efektownie, ale równie ważne było bardzo dobre nagłośnienie.

Kontrabas zachował głębię i czytelność, saksofon brzmiał pełnie zarówno w delikatnych, jak i najmocniejszych fragmentach, perkusja miała odpowiednią dynamikę. Do tego dochodzi rzecz całkiem przyziemna, lecz podczas dłuższego koncertu naprawdę cenna – było po prostu wygodnie. Nawet siedzenia okazały się zaskakująco komfortowe.

Fot. Marta Górska
Fot. Marta Górska

Publiczność reagowała żywo od pierwszej części koncertu i bardzo szybko wytworzyła się dobra wymiana energii między salą a sceną. Muzycy dostawali natychmiastową odpowiedź na to, co robili, a atmosfera z kolejnymi utworami robiła się coraz bardziej gorąca.

Centrum tego wszystkiego przez cały czas pozostawało jednak na scenie. I było na czym skupiać uwagę.

Bis, po którym wciąż chciało się więcej

Świetnym finałem był bis.

Po tak energetycznym koncercie łatwo byłoby potraktować go wyłącznie jako sympatyczny dodatek. Tymczasem trio wróciło z pełnym zaangażowaniem i zagrało tak, że ostatnie minuty wieczoru stały się prawdziwą kulminacją.

Fot. Marta Górska
Fot. Marta Górska

Publiczność reagowała entuzjastycznie, muzycy wyraźnie czerpali z tego przyjemność i koncert zakończył się dokładnie z takim rodzajem energii, z jakim dobrze jest wychodzić z klubu – z uśmiechem i ochotą na jeszcze jeden utwór.

Między Wisłą a Hudsonem

Już 11 września ukaże się „Between The Vistula And The Hudson”, nagrana w Tall Pine Studio w Kolbudach.

Na albumie znalazło się jedenaście nagrań. Autorskie kompozycje – „Like Cats In The Rain”, „The 2nd Liberation”, „The Romantic Lad”, „The Philosopher”, „Tension”, „The 1st Liberation” – spotykają się ze standardami: „Green Dolphin Street”, „Secret Love”, „Giant Steps”, „You Don’t Know What Love Is” i „Lonnie’s Lament”.

Sam tytuł bardzo dobrze oddaje ideę albumu. Hudson symbolizuje Nowy Jork i amerykańską tradycję jazzową, Wisła jest domem Piotra Lemańczyka i Adama Golickiego, a także miejscem, z którym związane są rodzinne korzenie Gilada Atzmona. Muzycy mówią o płycie jako o rozmowie między tęsknotą za amerykańskim brzmieniem a własną muzyczną naturą.

Po koncercie w Gdyni ta metafora nabiera dodatkowego sensu.

W listopadzie pisaliśmy o spotkaniu trzech muzycznych światów. Dziesięć miesięcy później każdy z tych światów wciąż ma własny charakter, ale muzycy poruszają się już po wspólnej przestrzeni z ogromną swobodą. I właśnie to było chyba najpiękniejsze w tym wieczorze: Atzmon, Lemańczyk i Golicki zachowali własne głosy, a jednocześnie brzmią dziś jak prawdziwy zespół.

„Between The Vistula And The Hudson” trafia do słuchaczy w idealnym momencie. Po tym, co usłyszeliśmy w Blues Clubie, warto po tę płytę sięgnąć – również po to, by sprawdzić, jak koncertowa energia tria została zatrzymana w studyjnym nagraniu.

Gilad Atzmon – saksofon altowy, klarnet
Piotr Lemańczyk – kontrabas
Adam Golicki – perkusja

Show More

Powiązane artykuły

Back to top button

Wykryliśmy, że blokujesz reklamy

Prosimy - wyłącz blokowanie. Dzięki wyświetlanym reklamom możesz czytać artykuły na stronie bez żadnych opłat.