Pilichowski – Fair Of Noise (recenzja)

17 czerwca 2010 | 10:11

Jaźń chłopaka z Grochowa

Wojtek Pilichowski znalazł wreszcie czas, żeby uraczyć swoich fanów dawką zupełnie nowego, świeżego materiału. Nagrywanie płyty zajęło prawie rok, z czego wywnioskować można, że Wojtek bardzo intensywnie pracował nad krążkiem. Argumentem potwierdzającym tę tezę niech będzie też fakt, że Pilichowski Band to obecnie zupełnie inny skład personalny, niż przez ostatnie parę lat. Wydaje się, że popularny Pi potrzebował w swoim życiu muzycznym wprowadzić daleko idące zmiany, aby nie ulec pewnej stagnacji i skostniałości artystycznej. Zmiana muzyków dała Wojtkowi ogromnego kopa twórczego i energetycznego, co miałem okazję zaobserwować także na koncercie promującym płytę „Fair of Noise”.

O samej zawartości muzycznej nowego krążka mam bardzo pozytywną opinię. Niepokojące intro pełni rolę propedeutyczną wobec reszty utworów, informując słuchacza, że może się spodziewać na płycie dużej dawki elektroniki oraz eklektycznej mieszanki energetycznej w zaawansowanym, technicznym sosie. Wesoły Pan Bałwan z dobrym, melorecytowanym tekstem autorstwa „polskiego basisty numer jeden” to wyluzowane, szerokie frazy i miły dla ucha, pulsujący groove. Zdecydowanie koncertowy przebój. Właściwie zawartość „Fair of Noise” podzielić można na kilka głównych kategorii. Niech będą to: dobry, górnolotny pop (tu zaliczę utwory Skradaj, Ludzie i Niemilknący Szept) czadowe, energetyczne kawałki (Awariat, Meat Ball, Fair of Noise, Kac Vegas) i ciekawe pomysły (Pan Bałwan, Szemrany Kawałek, Posto, Superstition). Oczywiście jest to podział sztuczny, ale na potrzeby recenzji wydaje mi się adekwatny. Każdy z wymienionych kawałków ma w sobie charakterystyczny sznyt kompozytorski Wojtka, łączący zaawansowane technicznie zagrywki z dobrym, pulsującym groovem i niebanalną aranżacją. Z wyłączeniem utworu Ludzie będącego dziełem Zbigniewa Hołdysa oraz dynamicznego Superstition, funkowej petardy Steviego Wondera. Pilich to Pilich, wiadomo, energia i czad. Jest natomiast na płycie kilka elementów, które są zdecydowanie intrygujące i cieszą nowością w twórczości Wojtka. Na kilka z nich chciałbym zwrócić uwagę. Pierwszym niech będzie psychodeliczna część utworu Awariat, która wprowadza słuchacza w poczucie niepokoju, aby następnie przerodzić się w dynamiczne solo nowego gitarzysty, Artura „BooBoo” Twarowskiego. Tego efektu nie spotkałem w innych, wcześniejszych, solowych nagraniach Wojtka. Warto przy okazji zwrócić uwagę na wspomnianego gitarzystę, który będąc doskonałym technikiem potrafi stworzyć prawdziwie hardrockowy klimat, nie nadużywając swoich umiejętności. W Meat Ball powala dudniący, przysadzisty riff oparty na niskim D, przywodzący na myśl nawet wyboistą twórczość matematycznego Meshuggah. W Fair of Noise pojawiają się orientalne i psychodeliczne smaczki, a zamysł kompozycyjny i aranżacja prowokuje porównanie do płyty „Free” Marcusa Millera, którą to swoją drogą Wojtek uważa za świetną. Tutaj swój mały popis ma klawiszowiec, Tomek Świerk, który pod majestatycznie skradający się, wytłumiony riff gra mroczną, opartą nieco na bossanovie solówkę – brzmi to niczym Electric Band Chica Corea’i z mistycznym, monumentalnym zadziorem.

Takich elementów jest oczywiście więcej, a ja starałem się odnotować te wg mnie najważniejsze. Jeśli chodzi o warstwę tekstową, to zaciekawia Szemrany Kawałek. To hołd Wojtka dla Grzesiuka (którego głos pojawia się w refrenie), a także wyraz muzycznego patriotyzmu lokalnego Pilichowskiego, z dużą dozą ironii i smutku wobec sytuacji w stolicy – sytuacji muzycznej, ale nie tylko. Zaskakuje także utwór Ludzie, gdzie Wojtek po raz pierwszy chyba nie melorecytuje, a śpiewa. Jako wokalista radzi sobie dobrze, co potwierdziłem empirycznie na koncercie. Jak sam powiedział, utwór ten chciał nagrać ze Zbigniewem Hołdysem już od dwudziestu lat. Zdecydowanie warto było o nim pamiętać. Zgrabna, płynąca melodia łączy się tutaj z mądrym, dosadnym tekstem Hołdysa właśnie. Końcowe Superstition zaś to taki, wydawałoby się, finalny jamm z udziałem gości – Reggiego Worthy’ego (znanego nam z Bass Days Poland, gdzie kilka razy występował) i Hani Stach. Świetnie wybrany numer na finał krążka, pozostawiający słuchacza w stanie błogiej radości. Jedynym słabym kawałkiem, który moim zdaniem zupełnie nie pasuje do reszty płyty, jest Posto. Wydaje się, że w założeniu miał to być obraz luźnego jammowania z odgłosami dworca Warszawa Wschodnia, a wyszło dość nudno, kluskowato i zapchajdziurnie.

Podsumowując, uważam „Fair of Noise” za płytę zdecydowanie udaną. Cieszą mnie smaczne nowości muzyczne w twórczości Wojtka, a także energia, którą emanuje on i jego nowy skład. Zmiany personalne zdecydowanie wyszły „chłopakowi z Grochowa” na dobre . Nowa, świeża, młoda krew pozwoliła na nagranie ciekawej, zróżnicowanej płyty kipiącej energią, a doświadczenie głównego bohatera składu w połączeniu z umiejętnościami produkcji muzycznej i realizacji nagrań Wojtka Olszaka dało krążkowi spójność, poprawność i paradoksalną dynamiczną statyczność muzyczną. Wspomniany koncert promujący płytę dopełnia obraz i potwierdza moją opinię. Mam nadzieję, że Wojtek Pilichowski nadal będzie podążał w tę stronę w swoim rozwoju muzycznym, a jego kolejne nagrania solowe będą jeszcze bardziej intrygujące i pełne pasji. Szacunek.

Mateusz Biegaj, Dziennikarstwo Muzyczne I rok

1. Intro
2. Pan Bałwan
3. Awariat
4. Meat Ball
5. Skradaj
6. Fair Of Noise
7. Szemrany kawałek
8. Posto (Duet na Wschodniej)
9. Ludzie
10. Kac Vegas
11. Niemilknący szept
12. Superstition

Tagi: ,