Billy Sheehan – wywiad

30 marca 2010 | 13:29

Jest taki basista, który w swoim życiu osiągnął chyba wszystko, co jest możliwe. Otrzymał niezliczoną ilość nagród, zagrał ze Stevem Vaiem w rockowej supergrupie Davida Lee Rotha, odniósł sukces z zespołem MR. BIG, wydał solowe płyty i zdobył tysiące fanów na całym świecie. Był w Polsce kilka razy m.in. z zespołem UFO i ze Stevem Vaiem.

Billy Sheehan, wirtuoz gitary basowej, który na swoim instrumencie potrafi zagrać to, co Eddie Van Halen na zwykłej gitarze, jest niesamowicie sympatycznym człowiekiem, a do tego w pełni zaangażowanym w muzykę. W wywiadzie opowiedział nam o projekcie Devil’s Slingshot i nie tylko…

Wywiad z wirtuozem basówki rozpoczął się nietypowo. Otóż, Billy rozmawiał z nami, siedząc w studiu – przez słuchawkę dało się słyszeć mistrzowsko zagrane przebiegi, które – choć zagrane „na sucho” – były popisem biegłości i artykulacji…

Słysząc twój bas w tle, wydaje mi się, że jesteś w dobrej formie…

O, słyszałeś to? Nie wiedziałem (śmiech). Moje ręce są w niezłej formie. Zwykle, gdy przygotowuję płytę, moje ręce są w okropnej formie – zbyt wiele rzeczy jest do zrobienia i nie ma czasu na ćwiczenia. Na tej płycie pracowałem nad tym naprawdę mocno i grałem dużo, jest wiele ekstra partii na basówce…

masz na myśli projekt Devil’s Slingshot?

Nie – mówię tu o mojej nowej płycie solowej, właśnie nad nią pracuję.

Przyjeżdżasz do Polski z nowym projektem, w którym grasz z Tony’m i Virgilem. Kto wpadł na pomysł, by skrzyknąć się razem na koncerty i nagrać płytę?

Myślę, że to był pomysł Tony’ego. Pracuję z nim od czasu, gdy zaczął nagrywać w 1985 – zaczynał wtedy pracę z Lee Rothem. Podpisał wówczas kontrakt płytowy i zagrałem na jego płycie (debiutancki album „Edge of Insanity” – przyp. Autora), a Steve Smith zagrał na bębnach. To jedna z moich ulubionych płyt, na których zagrałem jako gość.

Tony to świetny gitarzysta. Nie grałem z nim przez długi czas, aż do momentu, gdy zacząłem pracować ponownie ze Steve’m Vaiem. Spędzaliśmy razem wolny czas i Tony powiedział: zagrajmy coś z Virgilem, tak dla zabawy. Odpowiedziałem: tak, to świetny pomysł!

Uwielbiam być na trasie, staram się grać cały czas, tak wiele, jak to możliwe. Zagraliśmy w zeszłym roku i było z tego wiele uciechy. Odnieśliśmy także sukces, bo otrzymaliśmy wiele propozycji, by zagrać ponownie. Cieszę się, że tym razem wpadniemy do Polski.

Czy grając razem, wykonujecie muzykę podobną do tej, którą graliście z Steve’m w zespole?

W tym projekcie jest więcej improwizacji. Graliśmy format i szkielet utworu, reszta była improwizacją.

Opowiedz, jak ten materiał powstawał? Włączaliście nagrywanie i po prostu improwizowaliście na temat?

To był jeden ze sposobów. Generalnie, jeden z nas przychodził z pomysłem, a pozostali robili z tym to, co uważali za stosowane. Tony dawał pomysł na utwór, a ja brałem ten zaczątek kompozycji i dodawałem to, co według mnie pasowało. Mieliśmy kompletną swobodę, jeśli chodzi o interpretację. Brałem utwór i mówiłem Tony’emu: co myślisz o tym – tonacja C, potem przechodzi w to – rób z tym, co chcesz. Podobnie postępował Virgil – przynosił podstawowy beat i przerabialiśmy to.

Czy to wspólne granie przerodziło się w długie, np. 10-minutowe utwory pełne improwizacji całej waszej trójki?

Może nie tak długie, bo musieliśmy mieć przerwę na wypicie czegoś (śmiech)! Nie można improwizować tak długo, wypada usiąść i wypić piwo (śmiech).

Włożyliście w utwory solówki w całości czy dogrywaliście?

Nie było jednej zasady, jak to robimy. Czasem był to kawałek improwizacji, czasem ktoś z nas pracował nad tym osobno. Często zadawane są mi pytania: jak powstaje dany utwór? Tak jak wiele jest piosenek, tak i wiele jest różnych sposobów na ich napisanie. Czasem mam kawałek tekstu, ktoś coś dopowie i myślę, że to wejdzie to tekstu. Próbuję więc zaśpiewać melodię i wokół tego zbudować utwór. Czasem zaczątkiem jest beat perkusji albo linia basu, czy też pochód akordów na gitarze. Podobnie jest na Devil’s Slingshot – czasem Tony przyniósł riff, to znów Virgil podrzucił jakiś rytm. Pozwoliliśmy muzyce „rozwijać się” czy to poprzez improwizację, czy też solowe partie każdego z nas. W rezultacie, gdy wychodzi ci dobry utwór, nie jest ważne, jak powstał.

Przyszywanie metek muzyce nie zawsze jest najszczęśliwszym rozwiązaniem, ale jeśli miałbyś określić muzykę Devils Slingshot, to byłby to…

Z pewnością fusion-rock, hard-fusion, heavy fusion, prawie jak fusion-metal. Jest tam pewien odcień jazzu, ale jestem rockowym gościem, lubię muzykę progresywną, dorastałem na wczesnych nagraniach KING CRIMSON, GENESIS, RETURN TO FOREVER, MAHVISHNU ORCHESTRA, których też byłem fanem. Ale przede wszystkim jestem rockmanem. Masz rację, że szufladkowanie muzyki nie jest najlepszym pomysłem. Jestem trochę rozczarowany tym, że jest teraz tak wiele różnych nazw: pięćdziesiąt odmian metalu, szesnaście odmian fusion, 40 odmian popu. Dla mnie muzyka to muzyka. Czasem musisz ją nazwać, aby ludzie wiedzieli, o czym mówisz, gdy tego wcześniej nie słyszeli. Nasza muzyka jest heavy, szybka i głośna, techniczna, są w niej elementy rocka, jazzu, wyłącznie utwory instrumentalne. To ostra jazda bez trzymanki, wyzwanie, nawet jeśli ją grasz.

Dużo wymiatania zatem?

Dużo wymiatania, ale ze smakiem. Jeśli już o tym mówimy, to lubię grać szybko, ale gram także wolno i melodyjnie. W shreddingu chodzi o napięcie. Jeśli wydasz godzinę muzyki i przez minutę będziesz tam wymiatał, to ludzie będą mówić tylko o tym, zapominając o pozostały 59 minutach. Czasem mnie to martwi, ale lubię grać szybko, ostro i nie tylko to potrafię. Gram szybko, bo to ciekawe. Niektórzy od tego odchodzą, ale ja nie. Lubię to szczególnie, gdy jest zagrane dobrze – możesz wówczas usłyszeć nuty i ma to wielki muzyczny sens.

Czy Tony MacAlpine w waszym projekcie gra tylko na gitarze?

Gra również na klawiszach. Próbuję go namówić na śpiewanie, bo ma niezły głos (śmiech). Uwielbiam Tony’ego na klawiszach, może zagra na moim albumie kilka rzeczy na fortepianie, m.in. takie oparte na Bachu solo. To genialny pianista, ogólnie to świetny muzyk grający na każdym instrumencie. Doceniam jego zrozumienie muzyki, brzmienia, tonu – to świetny instrumentalista.

Nie jest czasem tak, że teraz z Tony’m i Virgilem realizujesz projekt, którego fani oczekiwali już 20 lat temu, gdy grałeś z Steve’m Vaiem i Gregiem Bisonettem w zespole Davida Lee Rotha? Czy wówczas takie trio wirtuozów było czymś, czego można było oczekiwać?

Tak, ale prawdopodobnie nie byłby to dobry pomysł. Byliśmy załogą Davida Lee Rotha, lubiliśmy grać wszystkie piosenki, to była dobrze wyważona grupa, tak jak „Eat’em And Smile” była dobrze wyważoną płytą. Były na niej dobre piosenki, dużo zabawy i dzikiego, zwariowanego grania. Gdy masz zespół, dobrze jest mieć wszystko wyważone, podobnie było w MR. BIG. Pewnie muzycznie pojechalibyśmy ze Stevem i Gregiem bardziej po bandzie, a i tak myślę, że stworzyliśmy świetną płytę. Cieszę się, że byłem częścią tej grupy.

Zgadzam się.

Czy wiesz, że prawie każdego dnia dostaję e-maila dotyczącego „Eat’em And Smile”? Mimo że wyszło to ponad 20 lat temu, niesamowite!

Właśnie – pięć lat temu w rozmowie opowiedziałeś mi, że masz w archiwach taśmy demo z sesji „Skyscrapper” (album Davida Lee Rotha – przyp. Autor )…

Próbowałem, ale na pewne rzeczy muszę dostać pozwolenie, jestem jednak na dobrej drodze. Mam niesamowite archiwa z prób, koncertów, których nikt nie słyszał. Nagrania z czasów TALAS, DAVE LEE ROTH BAND, MR. BIG, NIACIN i wielu innych projektów – mam np. taśmy z występów UFO w Polsce. Cały czas nad nimi pracuję, przegrywając z taśm na dysk twardy, czyszcząc je, i któregoś dnia je udostępnię, tylko nie mam jeszcze pomysłu jak.

Myślę, że powinieneś napisać wielką rock’n’rollową książkę z archiwum na DVD i CD.

To chyba dobry pomysł, bo mam także wielkie archiwa pełne wszystkiego. Miliony koncertów, niekończące się jam session, ujęcia z backstage. Łącznie 4 750 GB danych na dyskach.

Świetnie!

Do tego dochodzi archiwum prasowo-zdjęciowe, które jest nawet większe. Skanuję to wszystko itd. Kiedyś to wydam, ale chyba na blu ray DVD i to na 6 czy 8 takich dyskach.

Wiele osób określa Ciebie jako Van Halena gitary basowej. Kiedyś pamiętam, jak sam Van Halen chciał włączyć Cię do swojego składu. Teraz, po długiej przerwie Eddie wraca do muzyki – powiedz, czy gdyby teraz poprosiłby Cię o dołączenie do jego grupy, zgodziłbyś się?

Rozmawiałem z Eddiem jakiś rok temu. Tuż przed tym, jak mieli się zejść ponownie. Planowaliśmy, że zrobimy coś razem. Jednak w przypadku reunion takiej klasycznej grupy – jako fan – wolałbym zobaczyć ten zespół w oryginalnym składzie, mimo że chciałbym zagrać w takim zespole. Teraz nie zagra tam Michael Anthony, tylko syn Eddiego, Wolfgang. Myślę, że to OK., bo to syn Eddiego. Nie wiem jednak, czy fani chcieliby mnie jako basistę w tej grupie. Lubię ich wszystkich i życzę im wszystkiego najlepszego. Wewnętrznie jestem rozdarty, bo, mimo że bardzo chciałbym kiedyś z nimi zagrać, to chciałbym widzieć w tym zespole Michaela Anthony’ego. To dla mnie trudna sprawa.

Jaki repertuar wykonacie z Devil’s Slingshot w Polsce? Własne utwory czy także kompozycje z solowych płyt Twoich bądź Tony’ego?

Prawdopodobnie kilka utworów Tony’ego, kilka moich i Virgila. Chcemy, by wieczór, który spędzą z nami fani, ucieszył każdego. Będziemy więc grać wiele różnych rzeczy nawet dla tych, którzy nie są muzykami. Po koncertach Devil’s Slingshot zawsze wychodzimy do ludzi pogadać i rozdać autografy. Ostatnio pojawiło się wśród nich wielu ludzi, którzy nie byli muzykami – koncerty bardzo im się podobały, co mnie osobiście niezwykle ucieszyło.

Wspominasz o kontakcie z fanami. Pamiętasz dobrze te czasy, gdy jedyny kontakt z artystą można było mieć poprzez koncert lub list wysłany do fanklubu. Jak skrócenie tego dystansu poprzez rozwój internetu wpłynęło na Ciebie jako artystę?

Uwielbiam to! Internet to fantastyczna sprawa. Mam okazję usłyszeć o ludziach z całego świata. Moja skrzynka mailowa jest przeładowana – w chwili, gdy rozmawiamy, mam 3872 wiadomości w skrzynce, ponad 17000 wiadomości w mojej skrzynce na Myspace oraz przeszło 4000, które przyszły przez moją stronę internetową. Wielu muzyków pyta mnie o radę, staram się im podpowiedzieć. Czytam każdy e-mail, choć nie mogę na wszystkie odpowiedzieć. Mam wielu znajomych z Polski, z Europy, z Iranu, Iraku, Afganistanu, Indii, Chin, południowej Ameryki. To niesamowite mieć taki odzew. Chcę odpowiadać tak dużo, jak tylko zdołam. Bardzo to lubię.

Zrobiłem teraz dwa nowe DVD objaśniające grę na basówce – wiele zagadnień, które poruszam, pochodzi z pytań, które otrzymałem drogą mailową. Jest też wiele inspirujących listów od ludzi, którzy widzieli mnie we wczesnych latach, oglądali warsztaty, a teraz opowiadają mi o swoich wrażeniach, zespołach. To jest świetne – cieszy mnie ta cyfrowa rewolucja w komunikacji!

Czy dostajesz dużo zdjęć dziewczyn?

Tak (śmiejąc się) i to też jest fajne!

A używasz nowoczesnych technologii, by dawać lekcje gry na basie?

Już wkrótce. Pracuję nad najlepszym sposobem, by to robić. Na jednej z moich stron chcę stworzyć wideoblog, gdzie będzie można się zalogować – wówczas wielu ludzi będzie mogło dołączyć do wideoczatu. Gdy będę miał czas po koncercie czy w domu, zaloguję się o 4.00 po południu czasu Los Angeles, będę miał basówkę ze sobą i pokażę, jak gram „Addicted To That Rush” (i tutaj Billy wymiata to znane intro na basówce), a potem pokażę to naprawdę wolno podobnie jak inne riffy, technikę prawej i lewej ręki.

Billy popraw mnie, jeśli się mylę, ale wygląda na to, że muzyka gitarowa wraca do łask, tyle tylko, że dalej nikt nie zwraca uwagi na poprawność wykonania i wciąż na wirtuozi nie są popularni tak, jak byli przed laty. Jakie jest Twoje zdanie na ten temat?

Myślę, że to świetnie. Ludzie przez moment przerzucili się na muzykę tworzoną przez ludzi, którzy nie musieli być zależni od wykształconych muzyków. To świetna muzyka i świetni artyści, autorzy, wokaliści – lubię coś takiego. Ale wszystko zmienia się cyklicznie i powraca się do muzyków, którzy potrafią grać, wychodzi się oglądać show, w tym lokalne zespoły. Dzieciaki w wieku 16-17 lat przychodzą do mnie i mówią: Ty jesteś Billy Sheehan? Mój ojciec mi o Tobie mówił! Cieszy ich to, że gramy.

Podczas kilku ostatnich występów z różnymi formacjami widziałem wiele młodych dzieciaków, którzy grają coraz lepiej i ekscytuje ich nauka, granie, wyzwania w grze i w muzyce. Stąd jestem optymistą, bo wszystko idzie w dobrą stronę. Jest oczywiście wciąż dużo muzyki, której nie lubię – korporacyjny pop, nonsens czy rap lub hip-hop, które są wynikiem programowania, a nie pracy muzyków. Jednak jest też ciekawa muzyka, która powstaje w ten sposób. Widzę eksplozję zespołów grających na żywo, szczególnie tutaj w Ameryce. To świetne.

Więc pojawiło się światłeko w tunelu?

Tak, to jasne światło, a tunel jest już chyba poza nami (śmiech).

Opowiedz – co z projektem NIACIN? Czy wciąż istnieje?

Tak, będziemy renegocjować kontrakt, tj. prawdopodobnie podpiszemy nowy z pewną europejską wytwórnią, a wkrótce zbieramy się ponownie, by nagrać płytę i ruszyć w trasę. Chciałbym zagrać w Europie, bo to świetny projekt, a Dennis Chambers to najlepszy muzyk, z jakimkolwiek grałem na jakimkolwiek instrumencie.

Występowałeś także w projekcie BX-3 ze Stu Hammem i Jeffem Berlinem. Opowiesz nam o nim?

To była super sprawa, szaleństwo! Jeff Berlin to świetny basista, Stu Hamm także, znamy się od lat i jesteśmy przyjaciółmi. Mieliśmy na koncertach gości jak Victor Wooten i paru innych kolesi. Stu grał funkowe rzeczy, Jeff – jazz, a ja grałem rocka, świetny wieczór basistów. Zagramy wspólnie trasę w Europie przyszłej wiosny, mam nadzieję, że uda nam się wpaść do Polski.

Czy grając obecnie w trio zamieniasz czasami bas na gitarę barytonową?

Nie, używam kilka razy zwykłej gitary. Gram jednak wiele na gitarze barytonowej, 12-strunowej, gdy piszę piosenki i nagrywam w studiu. Mam dwie gitary barytonowe – są wspaniałe, bo brzmią jak Stratocastery i mają takie „czucie” jak Jimi Hendrix czy Ritchie Blackomore Stratocaster, tyle że są to gitary barytonowe. Mam prócz tego kilka innych, świetnych gitar barytonowych w tym akustyczną Alvarez Yari (6-strunową), wspaniałą 12-strunową Yamahę akustyczną, barytonową. Gitara barytonowa to inne zwierzę, ma unikalne brzmienie i bardzo mi się podoba.

Jesteś kojarzony z konfiguracją basówka Yamahy, wzmacniacze Ampeg. Jakieś nowości, jeśli chodzi o sprzęt?

Na początku nowego roku wyjdzie nowy model basu Yamaha Attitude. Ma drobne zmiany, wyjdzie w dwóch kolorach: pięknym czerwonym i czarnym. Ma inne uzwojenie przetworników – wyższej jakości, high-endowe, o lepszym przewodnictwie – wszystko brzmi trochę bardziej „do przodu”. Tak jakbyś stał kilka kroków bliżej swojego wzmaniacza.

Bardzo się z tego cieszę, bo basówki Attitude są prawie całkowicie wyprzedane i wiele osób pyta o te gitary. Zamierzam zresztą założyć stronę o użytkownikach tej gitary. Wyjaśnię na niej wszystkie modyfikacje w moich gitarach Attitude, a inni użytkownicy będą mogą wymieniać się doświadczeniami.

Ampeg to model SVT 4 Pro, używam go na żywo i jestem naprawdę bardzo zadowolony. Z Ampegiem byłem na początku kariery, potem wrócili do biznesu i znów korzystam z ich wzmacniaczy. Firma Rotosound wypuściła także struny sygnowane moim nazwiskiem. Nie wiedziałem o tym, ale Jimi Hendrix też używał strun Rotosound. Fajnie być w takim towarzystwie. Staram się przez lata nie zmieniać sprzętu i nie eksperymentować, bo moje ręce z nim się „zrastają”.

Opowiedz nam, czy masz jakieś hobby poza muzyką?

Może to śmieszne, ale nie za bardzo. Siedzę w muzyce cały czas. Biorę udział w warsztatach tutaj w Ameryce, na Wschodzie. Biorę bas, rozmawiam z uczniami, gram, odpowiadam na pytania i tak dalej. Ale potem, gdy wieczorem wychodzimy na kolację, siedzimy i rozmawiamy, pytam „czy ktoś ma gitarę?”. No i ostatnio, wyobraź sobie, usiedliśmy około siódmej wieczorem i graliśmy i śpiewaliśmy przez sześć godzin! Grałem i śpiewałem do pierwszej w nocy. Graliśmy Beatlesów, Stonesów, The WHO, OASIS, The BEACH BOYS, co tylko sobie możesz wyobrazić. To najlepszy wieczór w moim życiu – siedzieliśmy i śpiewaliśmy przez sześć godzin. Moje ręce były w proszku! Cała ekipa z kilkudziesięciu ludzi wzrosła do 200 osób. Gdy mam wolne i jestem w domu włączam i-Tunes, mam na dysku przeszło 40 000 piosenek, 200 GB muzyki. Przychodzi paru znajomych, otwieramy barek z czerwonym winem i słuchamy tej niesamowitej muzyki z tych wczesnych lat, progresywnej, fusion, glam rocka, Bowiego, Lou Reeda, Matt and Hopple Grand Funk Railroad, Rory Galaghera, GENESIS z Peterem Gabrielem, Franka Sinatrę, Joni Mitchell, każdy bootleg Beatlesów i Hendrixa, jakie możesz sobie znaleźć, muzykę klasyczną, grecką itd. Nie uwierzyłbyś, przez jak wielką ilość muzyki przechodzimy. Muzyka to dla mnie najdoskonalsza forma sztuki, wierzę, że jest. Poza muzyką mam mojego kota Spooky, uwielbiam Los Angeles, szczególnie klimat. Lubię też filozofię oraz lubię uczyć się angielskiego, czyli czytać znaczenie słów, ich etymologię i pochodzenie. Stąd, gdy słyszę jakikolwiek zachodni język, jestem w stanie zrozumieć, co inni ludzie mówią. To pomaga komunikować się z ludźmi. Staram się także nauczyć kilku słów z innych języków. Stąd ciągle pamiętam polskie „dziękuję”.

Billy, czasy się zmieniają, obecnie muzyk może być dużo bardziej niezależny niż przed laty, może sam pokierować swoją karierą. Co wobec tego doradziłbyś naszym czytelnikom stojącym u progu muzycznej kariery?

Możesz być promotorem i marketingowcem własnej muzyki. Ludzie nie patrzą na marketing i promocję jako formę sztuki, ale w taki sposób mogą być używane. Młody muzyka, prócz świetnego pomysłu na piosenkę, może także znaleźć dobry sposób na dotarcie do pięciu miliardów ludzi, szczególnie teraz w dobie internetu. Idź do kawiarni z akustyczną gitarą, zagraj swoje piosenki, niech ludzie wiedzą. Znam wielu wspaniałych muzyków, o których nikt nie wie i nikt ich nie usłyszał. Szkoda. Zatem, gdy jesteś muzykiem, musisz wyjść z sypialni, sali prób, by inni dowiedzieli się, co robisz. Musisz także łączyć się z ludźmi, być ich przyjacielem. W rodzinnym Buffalo, gdy wychodzę wieczorem, spotykam setki ludzi, z którymi porozmawiam, wypiję piwo i porozmawiam o muzyce. Bycie towarzyskim, rozdawanie autografów, znalezienie chwili na porozmawianie z kimś jest równie ważne jak nauka gry na instrumencie. Inna bardzo dobra rzecz to także to, że masz znajomych na całym świecie, z którymi, gdy przebywasz, robi się fajna atmosfera. To nie zawsze wychodzi. Jeśli nie jesteś w nastroju – zostań w domu.

artykuł pochodzi z Magazynu Muzyków TopGuitar numer wrzesień/październik 2007.
autor: Piotr Nowicki

Tagi: ,